Hej, wiecie co? Mam trochę urlop. W sumie to mam nawet bardzo urlop - pierwszy dzień dzisiaj, ostatni pierwszego stycznia. W swoim pracoholizmie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ile lat temu (jeśli w ogóle) miałam prawdziwy urlop. Jasne, zdarzało się branie 1-2 dni wolnych w okolicach weekendu, żeby odwiedzić znajomych w innym mieście, albo wyskoczyć na Fluff Fest, ale więcej grzechów nie pamiętam.
Przezornie przykleiłam sobie w kilku miejscach postity zabraniające mi logowania na służbową pocztę, kupiłam dużo zapachowych świeczek i zieloną herbatę z mango.
Mam również bardzo ambitne plany na spędzenie tegoż urlopu:
- dokończyć "Snow Crash" Stephensona,
- upiec ciasto.
Szaleństwo.
Potrzebuję przyznać się do dwóch rzeczy. Z jednej z nich jestem bardzo zadwolona, a drugą uznaję w sumie za rzecz dość wstydliwą. Ponieważ jednak jestę blogerę, ekshibicjonizm jest wpisany w relację moje palce-klawiatura, liczę więc na gratisy ogólny przyklask, lub chociaż zainteresowanie.
Rzecz pierwsza. Pokochałam wyrzucanie rzeczy. Lata zbierałam i chomikowałam, trzymałam, naprawiałam, odkładałam i chowałam. Nagle przestało mnie to cieszyć (o czym ostatnio wspominałam) i nieoczekiwanie dla samej siebie przeszłam od myśli do czynów. Teraz czuję się jak tabula rasa, jak / po rm -rf, jak szklana misa w kuchni Jamiego Oliviera. Mój neoficki zapał nie oszczędził nawet największej świętości i stała się rzecz niebywała: pozbywam się książek. Nadal zostało mi ich kilkaset i choć gest ten odbieram bardziej w sferze symbolicznej, niż praktycznej, to czuję, że coś się we mnie otworzyło.
Wychodzenie ze swojej strefy komfortu daje dobre rezultaty.
Rzecz druga. Nie mam pojęcia, co się dzieje.
Literally. Ominęła mnie Palestyna, Atlas Chmur, strzelanina w przedszkolu, szopka wokół przemocy wobec kobiet w Polsce, obrzydliwa mowa nienawiści Jakuba Śpiewaka - prezesa fundacji KidProtect, na jakim etapie są Google Glasses oraz wszystkie żenujące historie z
Programmers Being Dicks. Nie każdy musi być z wszystkim na bieżąco i nie w tym tkwi sedno mojego zażenowania. Martwi mnie to, że ta sytuacja do mnie apeluje.
Tworzenie bariery między sobą a negatywnymi informacjami wydaje się być rzeczą naturalną - mało kto chce proaktywnie otaczać się bólem i cierpieniem, w szczególności, gdy nie ma możliwości nic z tym zrobić. Pies pogrzebał się w motywacji. Po prostu po swojemu martwię się trochę, że zacznie się od półrocznej przerwy od politycznego zaangażowania, a skończy na wakacjach w Egipcie, leżącej po środku prawdzie i mówieniu "zwierzątka".
Chciałam napisać coś mądrego i głębokiego, ale sami rozumiecie, książka się sama nie przeczyta.